leżę i pachnę

leżę i pachnę
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donosy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 września 2018

mały donos

Już dawno po wakacjach a u mnie na blogu wciąż króluje pifko i czytadełko  na tarasie.
Najwyższy czas  zmienić fotkę i trochę podonosić. Działo się tak wiele, że nie sposób donieść o wszystkim. Więc natenczas pokrótce.

Dwa tygodnie urlopu minęły jak sen jaki złoty. W harmonii zapracowania z  wypoczywaniem po harówie. To był naprawdę dobry czas i wcale nie żałuję, że nie wyjechaliśmy na urlop gdzieś w świat. No może trochę mi żal, bo niezmiennie mnie ciągnie tam gdzie mnie jeszcze nie było. Oraz nieustająco tęsknie za tymi miejscami, które wspominam z rozrzewnieniem.
Ale przecież nie o tym miałam.
Trzeci tydzień to był koszmar.  Początek kolejnej trudnej i bolesnej drogi, na jaką wkroczyliśmy z Mareczkiem. To właśnie z powodu tego co się stało znowu zamilkłam na długo. Zaczęło się od choroby naszej suni, ostrej leukocytozy, które skończyła się niemal zejściem naszego cielątka ze świata tego. Na szczęście tak się nie stało, przeżyła, i przemogła kryzys po naszpikowaniu jej wielką ilością zastrzyków z antybiotykami. Niestety, w trakcie leczenia, po kompleksowych badaniach i prześwietleniach okazało się, że nasza psina ma raka. Na dzień dzisiejszy guzy kwalifikują się do operacyjnego usunięcia, ale jest ich  naprawdę sporo, co  najmniej kilka, więc leczenie będzie bardzo długie i bolesne. Rokowania nie są optymistyczne.
Ostatnie  ustalenia z lekarzami Żuni są takie, że najprawdopodobnie we wtorek psina będzie operowana po raz pierwszy. Zobaczymy czy wyniki badań dadzą zielone światło tym planom.

Ci co nie mają i nie kochają swoich pupili pewnie teraz nie pojmą co czuję. Umieram ze strachu o moją sunię.  Jestem przerażona i nie mogę sobie znaleźć miejsca. Trzymajcie kciuki proszę.





Nie tracę nadziei i wiary, że i ta smutna historia w naszym życiu skończy się happy andem i nasza sunia będzie przy nas jeszcze długie lata. Zdrowa i szczęśliwa dożyje lat sędziwych.


niedziela, 1 lipca 2018

mydło i powidło

czyli  donos skumulowany.

Znowu milczałam długo. Kuźwa:( Dlategotyż  do opowiadania trochę mam. Dlatego tyż tematyka donosów różnorodna. Nader. Niby nic ekstra super intrygującego do napisania nie mam. Co się działo ekscytujące jest tak, szczególnie w retrospekcji, jak opis imienin cioci Zosi i fotorelacja z tego co postawiła na stół do wyżerki. no smacznie i apetycznie, ale dupy nie urywa:)

Więc...
Zacznę może od najciekawszego. Żeby me drogie czytaczki nie przysnęły  już na wstępie. Od wyprawy na kajaki.. O dziwo udała się bardzo. W Zwierzyńcu roztoczańskim, ku wielkiej mej radości dzikie tłumy turystów nie dawały się we znaki. Tak samo jak liczne towarzystwo. Dało się wytrzymać wszystkie wyskoki rozbrykanej młodzieży i dziatwy. Nie nasza osobista ta czereda, więc luzik. Nie my ich wychowywać musimy:) To samo dotyczy tych dorosłych, którym by się przydały lekcje kultury i wychowania do życia wśród ludzi:) Dało się nawet przeżyć warunki noclegowe i żarełko serwowane w zwierzynieckich jadłopodajniach. Żaden grzyb ani salmonella nas nie dopadła:) 

Wypaliło to co było dla mnie najważniejsze:)Na rzece było wspaniale. Pogoda bardzo dopisała.  Żar lal się z nieba, owszem, ale na wodzie upał tak nie doskwiera.  Ludzi dużo, ale tłok nie dawał się we znaki. Płynęło się... płynnie ( hehe). Wybraliśmy trasę mniej uczęszczaną, trudniejszą, więc na rzece był luz.  Gdyby nie mały balast w osobie małżonka roztomiłego  wspominałabym ten spływ tylko wydając z siebie pełne zachwytu ochy i achy. Przez Mareczka doszły też zrezygnowane echy. Niestety, tym razem nie udało mi się płynąć w jedynce i ten wnerwiający facet za mną w łódce psuł mi nastrój ciągłym wymądrzaniem się, robieniem uwag i  zgrywaniem "miszcza" kajakarstwa. Wszystko w przerwach pomiędzy zaciąganiem się papierosami i dudlaniem piwska. Na szczęście gdzieś w połowie trasy udało mi się zmienić partnera. Żeby tak można było w mig i bezboleśnie  czynić w życiu:) Dalej popłynęliśmy ze szwagrem Marka, a zaszczyt pływania z braciszkiem przypadł  jego siostrze rodzonej. Jak się okazało ten odcinek był dla obojga wielką niezapomnianą przygodą:) Która doprowadziła do dwóch wywrotek na odcinku kilku kilometrów:) Przy kolejnym postoju nastąpiła więc druga wymiana partnerów. Chociaż Mareczek mnie po rękach całował, tym razem popłynęłam z jego siostrą, żeby udowodnić niedowiarkom, że ich "wypadki"to nie wina wyjątkowo wywrotnego kajaka, jak twierdziła Gonia, ani beznadziejnej partnerki, jak uważał Marek. Rzecz jasna do następnego postoju dotarłyśmy zgodnie i bez szwanku.
Ja niemal w euforii, bo mój balast siedział cicho i potulnie i nie rozrabiał jak pijany zając.
        Powiadam wam:) Kajakarstwo to jest ten rodzaj aktywnego wypoczynku, który lubię najbardziej. Nic nie sprawia mi takiej frajdy jak wiosłowanie. Kocham to: )Ubóstwiam:) I nigdy nie marnuję okazji na wywijanie wiosłem:)I nie straszne mi żadne towarzystwo, ani warunki pogodowe. Byle płynąć. Był nawet taki czas, kiedy zapragnęłam zachłannie posiadać własny kajak, by w każdą wolną chwilę móc jeździć nad wodę i pływać, pływać:) Na szczęście przeszło mi, po głębokim namyśle. Tak naprawdę tych wolnych chwil zebrałoby się w sumie kilka w roku. Pewnie nie więcej. Się nie opłaca.
To tyle w temacie kajaków. Zdjęć nie przedstawię, bo na kajakach nie robię. Boję się, że zamoczę sprzęt foto. Nawet telefonu na spływ nie biorę. Z tej samej przyczyny.

Po kajakach nastał ukochany przeze mnie okres owocowy.
Jestem zapamiętałym owocożercą i ten czas wspominam z rozrzewnieniem.
Chociaż wiązał się z dodatkową pracą. Nie tylko z rwaniem owoców, ale i z ich przetwórstwem. I wcale nie mam na myśli przeróbki świeżych owoców w przewodzie pokarmowym. Nawet ja, nie pożarłabym  wszystkiego co kupiliśmy i zerwaliśmy z naszej czereśni.:)



Najpierw dojrzewały truskawki,  potem czereśnie. W końcu przyszedł czas przetwórstwa jagódek:) Co prawda innego rodzaju, nie tych czarnych, leśnych borówek, a kamczackich, z jagodowej plantacji.



Mamy już więc zamrażarkę i spiżarnię pełną musu i dżemu truskawkowego, dżemu i konfitur z czereśni i wreszcie musu i konfitur z jagódek kamczackich. Wszystkich specjałów po trochu. Jak to Marek powiada, zrobiliśmy ( małżonek zakręcał słoiki) tego całkiem sporo. Przy dżemie z czereśni pomagała Teściówka, która wpadła w czereśniowy amok, najpierw czyniąc akrobacje nadrzewne przy rwaniu, a potem przerabiając  owoce  w ilościach hurtowych:)
Dużo było przy tym pracy i babraniny, ale w kwestii przetworów jestem tradycjonalistką do bólu. Kupcze słodkości ze słoików nijak się mają do tych własnej roboty. Takie na przykład domowe konfitury. Trzy dni  smażenia, ale jaki efekt. Ambrozja:)

Mam nadzieję, że to nie koniec sezonu na owoce.:))Marzą mi się soki malinowe i powidła śliwkowe i jabłkowe musy :)
no i ślinotoku dostałam:)

Kończę.:)Pora na prawdziwe niebo w gębie, koktail z musu jagodowego, z miodem i maślanką:)


Pozdrawiam, wciąż jeszcze weekendowo:)

poniedziałek, 28 maja 2018

przed weekendem czerwcowym

wspominam ten majowy,

czyli migawki z majówki.



Zebrało mi się na wspomnienia...Ponieważ bo i albowiem gdyż zbliża się z tęsknością wyczekiwany kolejny dłuższy weekend,  który zapowiada się obiecująco. Tym razem będziemy obcować z naturą. Będzie to kontakt w formie aktywnej. Jedziemy na Roztocze.Na kajaki.
Jedyne co mnie lekko niepokoi to fakt, żewyruszamy w nader licznej, niestety niedobranej, więc niedoborowej grupie i w miejsce, które w weekend będzie przeżywać wielkie turystyczne oblężenie.
Nie lubię tłumów, szczególnie na wodzie:(
Nic to... jak będzie czas pokaże. Najważniejsze, że jednak ruszamy dupy z kanapy. Obiecuję, że wycisnę z tego wyjazdu wszystko co w nim najlepsze. Przynajmniej się postaram ze wszystkich sił swoich:)
Poki co, powspominam. Krótko, by Was nie zanudzić. Ani ogromną ilością zdjęć, ani nużącą opowieścią.

Wróciłam myślami i wspomnieniami wspomaganymi fotosami do majówki.

Pierwszy przystanek  wycieczki :
 Świdnica i przepiękny protestancki kościół Pokoju, zabytek wpisany na listę UNESCO. Cudeńko zbudowane w systemie szachulcowym, skromne z zewnątrz, a ociekające barokowym przepychem w środku.


Kościół Pokoju w Świdnicy



Drugi dzień wycieczki to wypad do Drezna.
Mnie osobiście miasto nie powaliło. Głównie dlatego, że nie jestem wielbicielką baroku. Nie lubię tego stylu  w sztuce i architekturze, a Starówka drezdeńska  barokiem stoi.


Widok na Starówkę Drezdeńską 




Wszechobecny barok



Dzień trzeci.
 Jak dla mnie NAJ. Zwiedzanie Miśni i Budziszyna.

Chociaż darowałabym sobie główny punkt programu. Zwiedzanie Muzeum porcelany w Miśni. Dla mnie strata czasu. Ja skupiłabym się na zwiedzaniu samego miasta. Ze szczególnym uwzględnieniem Starego Miasta i Wzgórza Zamkowego. Magicznego i  urokliwego nad wyraz.
Widok na Miśnię ze Wzgórza Zamkowego





Miśnia-w drodze na Stare Miasto

Miśnia

Urokliwe kręte uliczni starej Miśni

i znowu Miśnia- widok na Stare Miasto




Miśnia cd.


Pod koniec dnia Budziszyn.
Miasteczko przepiękne. Szczególnie Stare Miasto i bulwary nad rzeką Sprewą z widokiem na Stare Miasto. Coś przecudnego. Tu z chęcią zostałabym na dłużej.



Budziszyn- Widok na Stare Miasto


cmentarz Serbów Łużyckich w Budziszynie pośród ruin kościoła



Dzień czwarty, ostatni.
Na deserek, w drodze do domku.
Zwiedzanie zamku Czocha.


Zamek Czocha

Zamek Czocha

Na zamku spotkało nas kilka rozczarowań, głównie za sprawą dzikich tłumów zwiedzających. 
Jednak sam obiekt robi  ogromne wrażenie i  mocno polecam odwiedzenie tego miejsca.

Jak widać nie rozgadywałam się.
Krótko i żołnierski był to obchód:)



poniedziałek, 7 maja 2018

niedzielne dolce far niente

czyli ciąg dalszy treningu nicnierobienia.

Post dla iw co ma udowodnić, że jednak można  nie robić nic.

Nie wiem czy macie tak jak ja.
Nicnierobić zapamiętale i bez wyrzutów sumienia mogę tylko wtedy gdy jestem na lekowym haju:)
Jak się naćpam leków przeciwbólowych robię się rozkosznie leniwa, ospała i powolna. Wtedy zalegam malowniczo gdzie tylko mogę. Wczoraj, w apogeum tzw. "tych dni"przykleiłam odwłok na leżaczek, na tzw."tarasie w budowie". Leżałam tak sobie niemal dzień cały. Na słoneczku. Wysmarowana grubo kremami z filtrem, by nie spiec raczka i nie zamienić się w wielką skwarkę.

Och jakże było mi błogo i cudownie.
Specyfiki apteczne sprawiły cud podwójny. Pierwszy, że  nie bolało nic co w takich razach daje do wiwatu. Drugi, że znieczuliło nie tylko ciało ale i umysł. Co popadł w zobojętnienie, niemyślenie, bezmyślność wręcz. Pełen błogostan.Tak mi cudnie było wszystko jedno. Tak mi wspaniale nie chciało się nic.

Okoliczności sprzyjały, więc leniłam się na całego.

Czytałam książeczkę, popijałam soczek i koktail z maślanki i musu truskawkowego  wygrzewając stare kości na słoneczku.

Dolce far niente to jest to kobiety drogie:)

Piękne zakończenie weekendu majowego.
Los, Przypadek czy sam Stwórca łaskawe oko na mnie zwróciwszy sprawił, że niedzielę miałam jak z bajki o księżniczce co to leży i pachnie.

To mogła być nagroda  za piątek i sobotę co upłynęły pod znakiem szaleńczej aktywności ponad normę. Kuchennej w piątek i towarzysko-rozrywkowej w sobotę. Powodem był grill, który zorganizowałam dla rodziny i przyjaciół na okoliczność imienin. Z racji prezentów imieninowych od obu Mam w postaci szeleszczących banknotów mus był oraz chęci by się odwdzięczyć. Zaprosić, ugościć i podziękować.
Tak też się stało.
Było miło, wesoło, smacznie. Chichraliśmy się, jedliśmy i piliśmy. Siedzieliśmy na "tarasie" przy płonących świecach długo w noc. Chociaż temperatura mocno spadła i trzeba było towarzystwo pookrywać pledami ciężko było się rozstać. Ale wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć.

Dlatego dzisiaj dzień pracujący i koniec rozrywek towarzyskich i lenistwa koniec .
I do roboty królu złoty...





czwartek, 26 kwietnia 2018

I znowu te listy:)

Tym razem z rodzaju tych jakie się sporządza przed wyjazdem gdzieś tam.

Takie listy lubię. Szczególnie te, na których kompletuję zawartość walizki. Co ze sobą zabrać i w co się odziać podczas wycieczki.
Te, na których wypisuję co jeszcze mam zrobić przed wyjazdem lubię mniej.Ale i te trzeba zrobić by o czymś nie zapomnieć.
Wyjeżdżam jutro na dni cztery. Kierunek} na zachód,  Cel} Drezno. Po drodze Budziszyn i Miśnia. Czyli miejskie klimaty, zwiedzanie zabytków i na deserek Zamek Czocha:)

Cieszę się jak nie wiem co na ten wypad. Chociaż wiem, że nie wypocznę na tej wyprawie. Ale co się napatrzę to moje.Objazdówka zapowiada się cudnie.

Jutro pewnie nie będę miała chwilki by się jeszcze odezwać na blogosferze. Przede mną kompletowanie ekwipunku, prasowanie ciuchów, zakupy,pakowanie się oraz inne przedwyjazdowe "atrakcje". Już zaczynam panikować, że nie zdążę ze wszystkim. Piszę więc teraz.
 Do zobaczenia za kilka dni.
Udanego  długiego weekendu dla Was:)

sobota, 21 kwietnia 2018

o przemianie czarodziejki w czarownicę

czyli w poszukiwaniu endorfin.
Ponieważ ciągle wpadam w doły emocjonalnie, z których, mam wrażenie coraz wolniej i mozolniej wyłażę, to usilnie poszukuję poprawiaczy nastroju i motywatorów do działania. Takich swoich osobistych energizerów.

A że "szukajcie, a znajdziecie"  to znalazłam. Kolejny raz przypomniałam sobie, rychło w czas, że najsilniej energetyzująco działa na mnie  aktywność fizyczna.

Nie ta z rodzaju latania po domu na mopie i odgruzowywania domostwa z obłędem w oczach.

Taka w formie ćwiczeń fizycznych. Tak to ze mną było, że najskuteczniej i najprzyjemniej ćwiczyło mi się za pomocą maszyny zwanej orbitrekiem.  Tak bardzo lubiłam ćwiczenia na nim, że jednego już  zajeździłam do imentu. Mus było nabyć kolejnego. Oczywista po taniości, więc wiem, że i tego za jakiś czas zamęczę. Póki co,  sprzęt zamęcza mnie:)



Nazywa się Orbi i będzie moim najlepszy przyjacielem przez długi czas. BĘDZIE, bo jak na razie jest wrogiem, najgorszym koszmarem. Maszyną tortur, która udowadnia mi jak tylko na nią wlizę i minut kilka poszusuję, że jestem wrakiem człowieka. Moja forma, moja wydolność jest na poziomie piwnicy. Nie parteru.

Jestem niemal w rozpaczy, bo nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Mój pierwszy orbitrek też na początku dawał mi w kość. Ale byłam w stanie utrzymać się na nim o własnych siłach przynajmniej 20 minut. Teraz ledwo wytrzymuję 5 minut na raz. Muszę odpoczywać by ćwiczyć dalej  albo zamieniać Orbiego na inny sprzęt. Nordic walker,  który zwałam ongiś pogardliwie "emeryckim".



 Jestem dętka. Galareta:(


Oj, nie od razu Orbi dostarczy mi endorfin:) Póki co, jest źródłem mojego podłamania i gorzkich myśli. Egzystencjalnych też:)))

Co się ze mną stało? Gdzie się podziała ta dziewczyna, dla której godzina ostrej jazdy na orbitreku to była bułeczka z masełeczkiem. Przystawka, po której te niezmordowane dziewczynisko miało ochotę na więcej ruchu i ćwiczeń.

No wiem.:) Dziewczyna stała się kobietą dojrzałą:) hehe. Babonem ociężałym, z zadyszką.

Matko kochano, jak i kiedy nastąpiła te ekstremalna metamorfoza dziewczyny w babsko ?


Nic to. Nie poddam się.
I zaprzyjaźnię się z nowym Orbim, tak jak z poprzednikiem. I wykorzystam na maksa. Zajeżdżę dziada:)
A o postępach będę donosić. Nic tak nie motywuje do walki jak doping:)


ps... nikisferę odkurzyłam, więc zapraszam:)

środa, 3 czerwca 2015

czarne na zielonym

czyli dla odmiany  zdjęcia kiziorka Kaziorka.

Wklejam na szybko, słów kilka wyjaśnienia dołączając.

Znowu psikoty i żadnych konkretów, bo raz kolejny wpadam jak po ogień.

















Jutro wyjeżdżam na kilkudniową  wycieczkę autokarową na Mazury i przed wyjazdem mam huk roboty w związku z tym. Jeszcze się  nawet nie zaczęłam pakować. Na teraz jestem wciąż zajęta szykowaniem  zapasów żarła dla swojej menażerii. By z głodu tałatajstwo nie popadało podczas mojej nieobecności.


Cieszę się na ten wypad bardzo bardzo, tak dawno nigdzie dalej nie byłam...ale i lekkiego boja mam.
O to co się też będzie działo jak mnie nie będzie "na chacie". Jak sobie da  radę i co wymyśli  pozostający na posterunku, mój słomiany wdowiec, wieczny chłopiec, Maruś.



Lepiej nad tym nie rozmyślać. Się zobaczy jak wrócę.

Do zobaczenia za dni kilka:)

Jak wrócę to doniosę wyczerpująco, dokumentując co i jak fotografiami.

sobota, 16 maja 2015

a w niedzielę

Wiem ci ja wiem, że to już znowu sobota jest:) Tak się składa, że właśnie taki refleks mam ostatnio. Mocno spóźniony:)
I o niedzieli minionej napiszę, bo w  tygodniu nic się takiego wyjątkowego nie stało, co byłoby bardziej warte donosu.
W niedzielę, jak pewnie pamiętacie, miałam zorganizować grilla. Imieninowego, dla rodziny. Co uczyniłam. Pomimo mocno niesprzyjającej pogody. Grillowałam co prawda na grillu z kuchennego piekarnika, ale co tam:) Dało radę.

Goście dopisali. Oraz humory też. Pomimo braku słonecznej aury, deszczu i chmur na niebie i  na twarzy niektórych uczestników imprezy.
Skoro rodzinnie, to było kameralnie. Tradycyjnie już osiem osób, bo w miejsce naszej Babci zaprosiłam Ciocię. Siostrę mojej Mamuni, charakterną babeczkę z "jajami".
Takie spotkania jak to niedzielne lubię najbardziej. Takie, na których nie ma wielu gości, tylko akurat tyle osób ile być powinno, by dostatecznie zając się, "zaopiekować" wszystkimi, nikogo nie pomijając.

Było bardzo miło. Choć obyło się bez zwyczajowych, tradycyjnych już wygłupów, takich jak koncert życzeń czy tańce połamańce, gdyż dwóm "gwiazdom" naszych rodzinnych imprez humor nie dopisał. Za to ja czułam się pępkiem imprezy, jak nigdy doceniana i hołubiona. Komplementowana za przygotowane jadło i nie tylko. Rozpieszczana jak to solenizantka:) Miłym słowami  i czułymi gestami głaskana...
Powiadam Wam...mrau.
Warto było się postarać, dla takich gości:)

A o tym jak się postarałam i co się działo więcej na nikisferze piszę.

Na koniec w  ramach chwalipięctwa zdjątko jednego z prezentów pokażę:)

 Przepiękne bzy dostałam:)






Co prawda to zdjęcie nieaktualne, bo właśnie dzisiaj musiałam wyschnięty bukiet wyrzucić.
Ale czas jakiś nim oczy cieszyłam :) To i Wy nacieszcie:)




serdeczności Serdeńki:)


czwartek, 7 maja 2015

Mówcie mi ironwoman :)


Nie, to  nie błąd w pisowni,  że ironwoman jest razem pisane.




Dziś  donos o tym jak to kobietakot wylegująca się na słoneczku staje się pod wieczór kobietążelazkiem:)

Najpierw tło postu. Zaczęło się  od pewnego dialogu, który miał miejsce  tydzień temu, rankiem, w pierwszy upalny weekend tej wiosny.

- No nie ! co jest ?! Gdzie są moje wszystkie krótkie spodenki ?! - zakrzyknął Mój z oburzeniem, z głębi domostwa.
- No tak... zaczyna się zabawa w schowanego...- mruknęłam  na to  znad kuchenki.
- Słyszysz!!? -rykło znowu z większą mocą - NIE MOGĘ ZNALEŹĆ SPODENEK!
- Szukajcie  a znajdziecie ... - pomarmoliłam pod nosem w odzewie, nie przerywając mieszania kaszy jaglanej  co bulgotała w rondelku.
- MO-NI-KA! JA MÓWIĘ! do Ciebie! - wściekły krzyk z okolic garderobianych, wywołał poruszenie w okolicach parapetu, na którym wygrzewało się w słońcu kocisko.
- Gadaj zdrów...zamruczałam znowu, tym razem odkrzykując jednak: ZARAZ PRZYJDĘ !
I przyszłam, to jest poszłam, zakręciwszy gaz pod garnkiem , tam gdzie mnie nawoływano. Do garderoby inaczej  zwanej kanciapą. Stanęłam na  jej progu i  nakazałam gestykulacją, by znajdujący się tam chłop opuścił  rzeczone pomieszczenie. Gdyż jest ono wielkości bardzo dużej szafy i nie ma w nim miejsca na dwie wrogo nastawione do siebie osoby. W takiej klitce można się co najwyżej poprzytulać, ale na to się raczej nie zanosiło:)
Potem tam gdzie  przedtem stał Marek postawiłam krzesło i wlazłam nań:) Następnie zdjęłam z szafy walizę, a  z niej  wyjęłam  między innymi markowe spodenki.
-  Patrz uważnie - rzekłam  mentorsko do Mego co zapuszczał żurawia zza progu -  w tej walizce są Twoje letnie ciuchy, a w tamtych trzech - tu pokazałam paluchem, w których - moje.
- Masz tu swoje spodenki - podałam stos portek właścicielowi - Wybierz sobie, które włożysz.
- Ale one są nieuprasowane -  z pretensją w głosie zareagował na to Marek.
- No co Ty powiesz... to sobie uprasuj. Ja nie mam czasu. - odparowałam wybitnie dobitnie. I poszłam sobie, w spokoju kończyć  gotowanie kaszy. Tu dygresję uczynię, jak to ja. Uwielbiam jaglaną kaszę i nikt i nic mi w jej przyrządzaniu i pałaszowaniu  nie przeszkodzi na dłużej.

Podczas gdy Marek prasował swoje spodenki, mrucząc pod nosem obrażony, że zmuszony został do tak przyziemnej i uwłaczającej męskiej godności czynności, jaką jest bez wątpienia prasowanie, ja doszłam do wniosku, że JUŻ CZAS najwyższy.

By dokonać radykalnych zmian .

A raczej zamian. Wymian. W naszych szafach.
Zimowych ciuchów na letnie.

Co niniejszym czynię od tygodnia. I czego jeszcze nie skończyłam robić. Choć wymieniam dzielnie, codziennie. Chowam i pakuję opatulacze zimowe, oraz rozpakowuję i odświeżam w szybkim praniu, fatałaszki zwiewne. Prasując przed powieszeniem w szafie. Dużo tego i żmudna to robota, ale dla mnie terapeutyczna.

Bo przyznam Wam się, gdyż może tego nie wiecie, że jestem takim dziwnym egzemplarzem baby, która lubi prasować. Z żelazkiem w ręku dobrze mi się myśli, a nawet i tańczy, wtedy kiedy prasuję przy muzyce. Jakoś terapeutycznie na mnie wpływa to, że coś co było wymięte i wyglądało jak psu z gardła wyjęte, nagle za sprawą rąk moich nabiera gładkości. Widok złożonych równiutko, kolorowych stosików ubrań wpływa na mnie kojąco.
Bowiem kiedy ja, ironwoman, wchodzę do akcji z chaosu czynię ład.:)

Tak.

Jednakowoż  cieszę się niezmiernie, że jutro znowu się przeistoczę. Z ironwoman w kobietę pracującą zawodowo:) Bo wiadoma to rzecz, że co za dużo przyjemności i terapii żelazkiem  to niezdrowo.

Stanowczo. Zdecydowanie. Niewątpliwie.

środa, 6 maja 2015

wczoraj catwoman dzisiaj robobaba


 W związku z tym, że tytuł posta jest prawdą najprawdziwszą z prawd to wpadam dziś na chwilkę.
Głównie po to by znowu nie zamilkąć na dłużej.

Wbrew temu co można by było przypuszczać po przeczytaniu posta na nikisferze, uprzejmie donoszę, że, o dziwo, ostatnio jestem jakby w lepszej formie psychicznej.  

Może to dlatego , że staram się jak mogę, na siłę nawet, wyluzować.
Wczoraj, na przykład, prawie dzień cały poświęciłam na  relaks, ograniczając wypełnianie obowiązków do niezbędnego minimum.

Najmilej wspominam godziny metamorfozy w catwoman. Nie tę kotokobietę, co w skórzanym obcisłym wdzianku skacze po dachach wysokościowców, ale taką wzorowaną na tym tutaj poniżej...





kocie moim osobistym, który jak nikt potrafi się zrelaksować.

Ja też, korzystając ze sprzyjającej pogody ułożyłam się w słońcu. Tyle, że nie na dywanie w sypialni:)
Lecz na tarasie, a dokładniej na leżaczku. Z książką w ręku. Leżałam sobie i bezczelnie korzystałam z hojności promieni słonecznych. Słoneczna witamina d i endorfiny to jest to czego było mi potrzeba na smutki.

Było cudnie...i rozleniwiająco.

Na tyle, że dzisiaj by nadrobić wszelkie odłożone na potem obowiązki, zapierniczać będę jak szalona i nawiedzona etosem pracy robobaba.

W związku z powyższym piszę bye.... i do potem:)

serdeczności wszystkim czytaczom:)

czwartek, 24 kwietnia 2014

przepraszam i zapraszam

oraz się zamykam:)

Najsampierw przeprosiny. Wiem , dałam ciała bo znowu zamilkłam.
No zatkało mnie... się zdarza. Coraz częściej zamilkam, przyznać muszę:)

Bowiem  jakoś tak natchnienia nie czuję do częstego pisania dyrdymałków, blablania znaczy, o wszystkim i o niczym i pokazywania nikitworków-potworków i słodkich fotek psikotów.

No uroczy jest nasz koci tłuścioch, ale ileż można oglądać podobnych jego póz na różnych pościelowych tłach? No ileż??? się pytam?

Niemal wyłącznie o mało ważnych sprawach ostatnio w blogosferę donoszę.
By to co naprawdę istotne w moim życiu przemilczeć, pominąć. Dlatego by zanadto nie uzewnętrzniać wnętrza. Nie robić wiwisekcji psycho-fizycznej na publicznym forumie.


Bowiem jakoś głupio tak. Pisać o tym co mnie cieszy i boli wszystkim co się napatoczą na bloga.  Nie tylko tym co chcą tu być ale i takim czytaczom co trafili tu z przypadku. Choćby takiego, że  wygooglowali hasło" kacza dupa" i zostali przekierowani  tu:)

Dziwnie mi z myślą, że nie wiem komu o sobie donoszę i komu pokazuję. Dlatego donosy ślę z gatunku  plotek- głupotek i staram się pisać tylko o sobie, a jak mi się coś poważniejszego w swej treści wymknie i o kimś innym to wyrzuty mam. Że to prawdziwy donos. Nawet zdjęcia cenzuruję. By za wiele nie pokazać. Siebie, innych, tego co wokół mnie. Do dupy z takim pisaniem :(

Czas z tym skończyć. "Nadejszła wiekopomna chwiła"...

by się pożegnać ze starym, publicznym blogiem
i przywitać z nowym ..zamkniętym.

Chciałabym , żeby najbliższe mi blogludki i wtajemniczeni z reala przenieśli się ze mną na nowe śmieci.

Póki co starych blogów nie zamykam. Jak zatęsknię za blablaniem i pokazywaniem "słitfoci" napiszę i tutaj i coś pokażę:)Żeby kąty blogowe kurzem się nie pokryły.

Nie będę pokazywać palcyma kogo zapraszam na nowego bloga, by presji nie wywierać. Pójdzie za mną kto poczuje, że chce:) Wystarczy e-mail na adres : Nika_02@poczta.onet.pl , a wyślę  zaproszenie.

Bez względu na to czy dołączycie do grona czytaczy nowego bloga czy nie ja i tak będę odwiedzać wszystkich z listy ulubionych:)


serdeczności:)










czwartek, 3 kwietnia 2014

o żesz !!!

CALUTKI MIESIĄC  milczałam jak zaklęta!

Ależ ten czas pę! dzi ! z kopyta,  jak klaczka co się szaleju nażarła:)

Im więcej latek na świecie żyję tym szybciej mi czas zapiernicza:) a właściwie spiernicza..



Zanim się człek zorientuje już miesiączek za nim. Znowu włączyłam stoper i ścigam się z czasem... głupia.

Kurza twarz... niewiarygodne aż.

Czas donieść co tam u mnie. Bo zmiany zapowiedziałam i zamiast donosić co i jak się zmienia to siedzę cicho.

Biorę więc słowa i donoszę o tym co najistotniejsze.

Po pierwsze " Pensjonat pod Trzema Modrzewiami"  zamknął swe podwoje. Tymczasowo, na okres wakacji najprawdopodobniej. Ale kto to wie może na dłużej, lub krócej ? Istnieje też możliwość , że na zawsze. Roztłumaczając ...pokój gościnny, w którym rezydowała Ciocia Klara opustoszał pod koniec marca. Po sześciu miesiącach  przemieszkiwania u nas cioteczka wróciła do siebie. Na swoją wieś. Od jakiegoś czasu nie mogła się doczekać powrotu na własne śmieci, więc jej życzeniu w końcu stało się zadość. Chciała wracać do swojej chatynki, więc ją zawieźliśmy.Uznaliśmy, że pora zaprzestać uszczęśliwiania Cioci na siłę. Jak będzie chciała znowu do nas przyjechać proszę bardzo. Drzwi naszego domu są zawsze dla niej otwarte.  Póki co, tyle w temacie Cioci Klary. 

Teraz pora na po drugie. Od dni kilku zarabiam legalnie. Jestem oto na sześciomiesięcznym stażu i przyuczam się na stanowisku specjalista do spraw marketingu. Zarabiam marnie, jak to na stażu, ale dobre i to.:)

Ano właśnie i a propos pracy zarobkowej. kończyć muszę. Robota czeka.

Wieczorem napiszę albo dopiszę więcej...

Do zobaczyska:)
i serdeczności:)

poniedziałek, 3 marca 2014

fiksum dyrdum

...i kuku na muniu.

Nie da się ukryć, znowu zamilkłam...
Gdyż myślałam...bardzo intensywnie. O złośliwym Fatum myślałam i  innych podobnych usprawiedliwiaczach własnej nieporadności życiowej.  Łapałam się za łeba, potrząsałam kudełkami w bezsilnej rozpaczy i pytałam "łaj" Życie mi ostatnio tak rzyć eksploatuje serwując kopniaka za kopniakiem.

I cóż wymyśliłam... zapytacie?
Ano, że jestem szalona... mówię Wam.

To jest piszę. To  rodzaj szaleństwa  z gatunku wstydliwych przypadłości do jakich zalicza się choroby psychiczne.

A dlaczegój ? Dlategóż gdyż i albowiem  doszłam w wniosku, że defekt mózgu mam objawiający się tym ,
  że wciąż robiąc to samo,  powielając schematy zachowań, oczekuję różnych rezultatów. 

Już  Wielki Albert E. przyuważył, że takie postępowanie  jest oznaką absolutnego szaleństwa. A przecież mądry  był z niego gość.:)

Czas więc zmienić myślenie guupie.
I wprowadzić zmiany w życie swe. Zmiany mentalne, zmiany w działaniu.
Zmienić co nieco. Tu i ówdzie niewiele, a gdzieniegdzie całkiem sporo.

Póki co, wstrzymuję konie i nie będę robić krwawych rewolucji, przewrotów i puczu itp. zbyt radykalnych kroków nie poczynię.


czyli co...



Zacznę od tego, że  odkurzę kilka obietnic jakie sobie dałam, a o których "zabyłam" w ferworze walki z codziennymi problemami.

serdeczności:)

sobota, 22 lutego 2014

mydlana afera

czyli
zdań kilka o perpetum mobile...
względnie o leniwych krasnoludkach.


Donos jest świeżutki.. sprzed minut kilkunastu. Postanowiłam zamieścić, żeby rozładować wścik, popatrzeć na zdarzenie z dystansu, machnąć ręką  i ...się uśmiechnąć.:)

No proszę, jeszcze nie zaczęłam donosić, a już mi lepiej:)

Ale do brzegu ...jak powiada Klarcia.

Dziś sobota. Między innymi dzień zmieniania pościeli i ręczników domowników. Mus to zrobić przed zaścieleniem po spanku łóżek. Przystąpiłam więc do działania, które zostało mi brutalnie przerwane donośnym, wyrażającym oburzenie i niedowierzanie oraz sporą dozę pretensji,  krzykiem dochodzącym z dolnej łazienki.

- NIE MA MYDŁA!!!- krzyczał mój oblubieniec.
- TO GO DOLEJ !!!- okrzyczałam zajęta oblekaniem pościeli.
- TY DOLEJ! JA NIE WIEM GDZIE JEST ZAPAS !- zahuczało w odzewie.
Nie było wyjścia, musiałam przerwać co robiłam. Zeszłam na dół i już oko w oko kontynuowałam wymianę słownych ciosów.
- Jak to nie wiesz? Musisz wiedzieć gdzie jest zapas mydła na wypadek gdyby mnie nie było kiedy się skończy !
- Ach tak ? W takim razie TY musisz wiedzieć jak rozpalić W KOMINKU ! na wypadek gdyby mnie nie było! - zakończył potyczkę mistrz ciętej riposty.

TOUCHE! i tu mnie ma:)

 Po uzupełnieniu mydła,  kiedy wróciłam do zmieniania pościeli  główkować zaczęłam. 
    Po pierwsze o tym, że w domostwie naszym  dzięki krasnoludkom jest wiele sprzętów działających na zasadzie perpetum mobile. Choćby wspomniane dozowniki do mydła, podajniki papieru toaletowego i inne takie.Tak. U nas papier nigdy się nie kończy:)Ani pasta do zębów:)W maselniczce zawsze jest masło, cukier w cukiernicy, sól w solniczce. Tak jak mleko w lodówce:) Normalnie nawiedzony dom...przez krasnoludki:) 
 No... prawie zawsze wszystko co niezbędne jest. Ponieważ czasami ... przyznać im trzeba sprawiedliwość niezwykle rzadko, krasnoludki się lenią i opierniczają. Rozkojarzone tracą czujność i wtedy ..no cóż... nawalają.
   Po drugie, pomyślałam sobie, przy pościeli oblekaniu, że jakby tak krasnoludki zastrajkowały i rzuciły robotę w diabły mój ukochany nie wiedziałby gdzie jest co. Bo chociaż już wie gdzie zapas papieru dupnego, to nie tylko nie wie gdzie jest zapas mydła. On pojęcia nie ma gdzie szukać wielu rzeczy w naszym domu. 
Idę o zakład, że nie orientuje się gdzie jest czysta pościel, ręczniki, obrusy, serwetki,  koce... o zapasach produktów spożywczych nie wspominając:)
Mój chłop snujący się po domostwie jest jak dziecię we mgle:) I nie chce tego zmienić.
Kiedy tylko zaczynam temat "wymień, zmień, uzupełnij, przynieś sam, żebyś wiedział gdzie jak i co w razie coś " zapiera się  i broni się zawsze tak samo, zjadliwym.:

A TY NIE UMIESZ I NIE WIESZ JAK ROZPALIĆ W KOMINKU !

Czasami tupnie przy tym nogą...albo pokaże język:)

A ja cichociemna jestem... bo sęk w tym, że umiem i wiem. Tylko się do tego nigdy nie przyznam:) Bowiem sobie solennie obiecałam, że to jest jedna rzecz, której sama nie zrobię. Nie przejmę na siebie JEDYNEGO obowiązku jaki ma mój chłop w domu ! ZA NIC! :)

Za każdym razem gdy wraca temat kominka i tego, że prac przykominkowych nie tykam,  ucinam go.
By nie kontynuować przepychanek. Nie odpowiadam równie zjadliwie, że za to ja czyszczę kominkową szybę, czy też nie walę na odlew:

A TY TO NIE UMIESZ I NIE WIESZ JAK URUCHOMIĆ ZMYWARKĘ  I PRALKĘ!....hehe:)

Zmilczam...dyplomatycznie.

Lepiej pójść sobie na góreczkę, zasiąść przy komputerze i napisać post... pozbywając się emocji negatywnych:)

Takie "wyposzczenie się" dobrze robi na wrzody:)

serdeczności Wam:) Pełnego słońca i radości weekendu:)




czwartek, 20 lutego 2014

no bo

czyli
się tłumaczę.

Zamikłam
bo nic mądrego teraz nie napiszę,
bo nic radosnego do doniesienia nie mam. No dobra, znalazłoby się to i owo. Sęk w tym, że jakoś  nie mam nastroju do łapania promieni słonecznych w dni pochmurne.

Doła złapałam...
bo pracy znowu nie dostałam,
bo z forsą z dnia na dzień bardziej krucho,
bo mnie wiadomości z kraju i ze świata dobijają.

Nasz poje...ny rząd i jeszcze bardziej pogięta opozycja.
Populistyczne gadki-szmatki i obiecanki-cacanki dla ciemnych mas w przedwyborczy czas.

Oraz to co się dzieje teraz za miedzą. Na Ukrainie.

Wszystko to wywołuje we mnie be_ uczucie,  którego organicznie  nie cierpię. Najgorsze z najgorszych.

BEZRADNOŚĆ.

Nie mogę nic.

czwartek, 13 lutego 2014

psia kostka

czyli ciąg dalszy psiego chorowania.

Jak już donosiłam, w poniedziałek byliśmy z sunią u lekarza. Chociaż tydzień wcześniej też, z infekcją ucha, to mus był odwiedzić klinikę weterynaryjną znowu. Bo okazało się, że psina źle się czuje nie tyle z powodu chorych uszu, ale z innej przyczyny. Wyraźnie odczuwała ból przy poruszaniu się i zmianie pozycji z leżącej na stojącą i odwrotnie. Popiskiwała wtedy żałośnie:( 
Mus było znowu zapakować psinkę w Jarusia i ruszyć do weta po ratunek. Sprawdzić jakie cholerstwo biedaczynie tak doskwiera.
Rzecz jasna, jak to ja, jechałam z duszą na ramieniu.W temacie zdrowia rodziny i futrzaków własnych i zaprzyjaźnionych optymizmu u mnie za wiele nie znajdziecie. Nie poradzę. Choroba kojarzy mi się jak najgorzej. Ta suniowa też. Jej zachowanie od razu  przypomniało mi, że podobnie reagował mój poprzedni piesek Gacuś. A Gacydło moje miał złośliwego raka kości. Nie dziwota więc, że jadąc do lekarza, strachu miałam pełne portki. 
Jakby tego było nie dość sam przejazd do i od weterynarza też dał nam w kość. Żunia za nic nie chciała wejść do samochodu, a potem zapakowana na siłę dała upust swojej niechęci do podróżowania  puszczając dwa malownicze pawie na podłogę auta. W drodze do weta i z powrotem.

Na szczęście Pani weterynarz nie straszyła zbytnio. Po obmacaniu i nakłuciu kręgosłupa Żuni orzekła, że to najprawdopodobniej kręgosłup wysiada. Dała zastrzyk i wypisała receptę na leki przeciwzapalne i witaminki. Żuńka ma je zażywać 10 dni., ale już po trzech dniach kuracji powinna być widoczna poprawa.
Gdyby się nie polepszyło zrobi prześwietlenia, zbada krew i wprowadzi leczenie radykalne, sterydami.
Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Oby.
Początek leczenia przebiega bezproblemowo. Żunia łyka lekarstwa przemycone w parówkach bez marudzenia. Nie to co Kazik.

Panią weterynarz mamy po byku. Póki co, mogę ją tylko wychwalać pod niebiosa. Robi wrażenie osoby bardzo kompetentnej. No świetna jest, po prostu:)
Wczoraj nawet dzwoniła do nas i pytała jak suńka się ma i czy widać poprawę. Wtedy polepszenia nie było widać.





Dzisiaj tak:) Cielątko nasze wyraźnie lepiej się czuje. Jest bardziej ruchliwa i już nie popiskuje z  bólu. Mordeczka jej się haha i ogonem wywija jak śmigłem. Czyli uff.
Lekarstwa działają, pomagają,  więc wstępna diagnoza najprawdopodobniej była prawidłowa. To tylko kręgosłup. 

A propos pupili domowych i zażywanie przez nich leków.:)

Po necie krąży  instrukcja jak zaaplikować kotu tabletkę:) Tekst jest stary jak świat, więc pewnie większości z Was znany. Ale warto go sobie przypomnieć. I się uśmiechnąć:)

"JAK NAKARMIĆ KOTA TABLETKĄ:

1. Weź kota na ręce i otocz go lewym ramieniem, jak niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej ręki po obu stronach pyska i naciśnij lekko, trzymając tabletkę w pozostałych palcach prawej ręki. Gdy kot otworzy pysk wpuść tabletkę, pozwól kotu zamknąć pysk i przełknąć.

2. Podnieś tabletkę z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota ramieniem i powtórz cały proces jeszcze raz.

3.Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmamłaną tabletkę.

4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania, otocz kota lewym ramieniem jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne nogi. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do 10.

5. Wyciągnij tabletkę z akwarium a kota z garderoby. Zawołaj żonę do pomocy.

6. Przyduś kota do podłogi klinując go między kolanami, jednocześnie trzymając wierzgające łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie warczące odgłosy. Niech żona przytrzyma głowę kota, jednocześnie wpychając mu linijkę między zęby. Następnie wsuń tabletkę wzdłuż linijki między rozwarte zęby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle, co skłoni go przełknięcia.

7. Ściągnij kota z karniszy i rozpakuj nową tabletkę. Zanotuj, żeby wymienić firanki. Pozbieraj kawałki porcelanowej wazy, później je posklejasz.

8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy,  żona niech położy się na kocie tak, żeby tylko jego głowa wystawała spod jej pachy. Umieść tabletkę w plastikowej rurce do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz  kotu pysk i wcisnąwszy rurkę między zęby  mocno wdmuchnij tabletkę do środka.

9. Sprawdź, czy te tabletki są szkodliwe dla ludzi. Następnie wypij butelkę piwa, żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie ramię, potem wodą z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.

10. Przynieś kota z altanki sąsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj drugą butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach od kredensu tak, żeby wystawała przez nie tylko głowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i przy pomocy gumki recepturki strzel tabletką między rozwarte zęby.

11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek. Wypij piwo, przynieś butelkę wódki. Nalej do kieliszka i wypij. Sprawdź kiedy ostatni raz byłeś szczepiony na tężec. Przemyj policzek wódką, żeby zdezynfekować ranę i wypij kolejny kieliszek, żeby ukoić ból. Podartą koszulę możesz wyrzucić.

12. Zadzwoń po straż pożarną, żeby ściągnęła tego pier... kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w płot próbując go ominąć. Wyjmij kolejną tabletkę.

13. Skrępuj draniowi łapy sznurkiem od bielizny, wiążąc wszystkie razem, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij kotu tabletkę do gardła, popychając kawałkiem polędwicy. Już nie musisz być delikatny. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu do gardła szklankę wody.

14. Wypij pozostałą wódkę. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zaszyć ci ramię i wyjąć kawałki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do meblowego i kup nowy stół.

15. Zadzwoń do schroniska dla zwierząt i poproś, żeby zabrali cholerę. Sprawdź, czy w sklepie zoologicznym nie mają chomików.

Jak zaaplikować psu tabletkę.
Zawiń tabletkę w plasterek szynki i zawołaj psa. "

Jako właścicielka obu gatunków futrzaków domowych powiadam Wam, zaprawdę, dużo prawdy i tylko trochę przesady  w cytowanym tekście:)


serdeczności:)





wtorek, 11 lutego 2014

na dwoje babka wróżyła

do środy.
W środę będę wiedziała  czy słuszne są moje odczucia.
A czuj-przeczuj mi mówi, że i tym razem nici z roboty.

Zdaje mi się, że pani szefowa, która mnie "przesłuchiwała" ( hehe) nie nabrała się na moją charakteryzację. Chociaż mogło być na odwyrtkę. W końcu " jak cię widzą tak cię piszą". Co z tego, skoro  nie spodobałam się po przemianie. Tak jak nie ujęłam wyglądem Mareczka, który, kiedy wczoraj zaprezentowałam  się przed wyjściem z domu,  orzekł: "- wyglądasz jak... - tu pauzę zrobił by pomyśleć i zakończyć z kwaśną miną - ...urzędniczka". 

Wracając jednak do rozmowy w sprawie zatrudnienia. Miałam wrażenie, że nie będzie z tego nic. Nie mogę go zignorować, bo rzadko mnie mylą przeczucia i  umiem wyczuć w mig czyjąś sympatię czy nieprzychylność. Nie to, że pani przepytująca była nieuprzejma. Skąd. Tylko jej oczy. Zimne i lustrujące.
Nie polubiła mnie, oj nie. A ponieważ ja na miejscu pracodawcy wybrałabym pracownika, do którego poczuję sympatię, to wielkiej nadziei na zatrudnienie nie mam.
Oprócz tego w rozmowie zahaczyłyśmy o kilka kłopotliwych tematów.
Okazało się na przykład, że potencjalna szefowa kiedyś starała się o stanowisko w marketingu w firmie, w której pracowałam. Rzecz jasna, skoro nie jesteśmy koleżankami z pracy, roboty nie dostała.Czyli ups.
A podobne ups zdarza mi się nierzadko, niestety. I nie powinnam się temu dziwić. Z racji tego, że to praca w branży pokrewnej do tej, w której działałam ponad dekadę. Pracowałam w firmie developerskiej, a wczoraj byłam na rozmowie w biurze nieruchomości. Gdyby moja firma jeszcze istniała pewnie byśmy współpracowali. Albo konkurowali na całego.

To wszystko nie wróży dobrze. I nie muszę mieć nadprzyrodzonych zdolności by dostrzec, że szansę na zdobycie tej roboty są minimalne.

Nic to.
Będę szukała dalej.

Nie pora teraz się załamywać  i rozpamiętywać skąd u mnie ten pech ze znalezieniem pracy.

Mam nowy problem i temat do zmartwień.
Żunia zachorowała. Dzisiaj znowu jedziemy do weta. Tydzień temu byliśmy z infekcją ucha. Tym razem pewnie nie obejdzie się bez znacznie większych wydatków. 
Oczywiście doniosę co psince jest i co się działo u weterynarza. Pojedziemy po południu, bo wtedy nasza pani dohtor zaczyna dyżur.


Ponieważ real wzywa kończę pisanie.

 Na koniec zdjęcie za jeden uśmiech. Surykotka w kąciku ornitologicznym.




serdeczności Wam:)

poniedziałek, 10 lutego 2014

metamorfoza

czy
charakteryzacja ?

Pewnie, że to drugie.

Dziś jest dzień pod hasłem: przemiana.

Bezrobotnej kury domowej z artystycznymi ciągotkami w kobietę pracującą.

Nie, to nie nie tak, że wreszcie zaczęłam pracować zawodowo. Bardzo proszę wstrzymać się z gratulacjami.

Ja się zmieniłam z kurki w orlicę biznesu tylko wizualnie. I tylko tymczasowo. Że to zmiana powierzchowna to oczywiste jest każdemu kto mnie trochę zna.

Ale są tacy co mnie nie znają. I tych chcę dzisiaj wprowadzić w błąd.
W tym celu ucharakteryzowałam się. Już w piątek zaczęłam działanie w tym kierunku. Byłam u fryzjera. Obcięłam włosy. Moje powykręcane we wszystkie strony kudełki, które ujarzmiałam, z marnym skutkiem, opaskami na włosy, są teraz radykalnie ciachnięte. Króciutko. Na exprezeskę NBP, tą panią co nie mówi "er". Każdy włos na swoim miejscu.W szeregu. Karnie wyprostowany:)
Mam teraz fryzurę, która kojarzy mi się z poukładanymi, trzeźwo myślącymi perfekcjonistkami. Urzędniczy, pracowniczy fryz:)
Dziś od rana dopełniam wizerunku. Czyli charakteryzuję się na profesjonalną urzędniczkę:)

Skróciłam paznokcie, a potem, zerkając tęsknie na rząd  buteleczek w kolorach tęczy, zdobyłam się na rozsądek i pomalowałam je lakierem w  nudnym acz schludnym kolorze nude.
Następnie zajęłam się ubiorem.
Czarna spódniczka za kolano. Grzeczna.
Żadna tam mini. Czy moje ulubione cygańskie falbany. Czy ukochane zimą leginsy.
Na nogi zamiast obuwia , które kocham czyli kozaków glanopodobnych, saszek albo oficerek na koń, długie kozaki na wysokim obcasie. Wprawdzie też je uwielbiam, ale noszę tylko od wielkiego dzwonu  bo paradowanie w nich po naszej wsi grozi śmiercią, a w najlepszym razie kalectwem. Dziś włożę, bo idę do ludzi.
A na górę korpusu  zamiast którejś z ukochanych przeze mnie tunik lub golfów z szerokim kołnierzem nałożę BLUZKĘ KOSZULOWĄ. Czarno-białą.W drobną kratkę. Na nią  czarną KAMIZELKĘ-sweterek...w serek.

Do tego stonowany makijaż, dyskretna biżuteria, mała, wąska torebunia zamiast  torby ukochanej wielkości worka na ziemniaki  i mogę ruszać w miasto.
To  jest, jak się chyba domyślacie, na rozmowę w sprawie pracy.

Jak było doniosę w kolejnym poście.

serdeczności:)

czwartek, 6 lutego 2014

donos skumulowany

z wczoraj i dziś.

Wczoraj zaniemogłam. Nastały dla mnie mówiąc eufemistycznie "trudne dni". Wczorajszy okazał się na tyle ciężki, że uniemożliwił mi  normalne funkcjonowanie.  Co miało przykre następstwa .
Na przykład, to Mareczek musiał robić Cioci śniadanko. Ja siły nie miałam zwlec się z łóżka o czym poinformowałam telefonicznie ( hehe) moje kochanie budząc go bladym świtem, tj. około 8.30:) Mój chłop roztomiły , nie dość, że się spisał i bez marudzenia przejął obowiązki ciocinego karmiciela to też nakarmił i mnie. A nawet napoił kawą. I tylko dzięki niemu nie szprycowałam się lekarstwami na pusty żołądek.

Dygresję zrobię ...jak to ja... bo to mi przypomniało dialog między Ciocią Klarą i mną, kiedy miało miejsce podobne zdarzenie. To jest kiedy Mareczek nakarmił mnie kanapkami w chorobie. Ciocia wtedy skomentowała to w swój niepowtarzalny subtelny sposób:
- No widzisz, jaki ten Mareczek dobry. Dał ci jeść.A INNY CHŁOP to by ci KAZAŁ zejść i samej sobie zrobić!
Odpowiedziałam na to równie delikatnie, że mi Marek łaski nie robi, i że właśnie między innymi dlatego, że dobry jest, to JA go karmię przez resztę dni w roku i żarełko pod dziubek podsuwam.

Powiadam Wam, jak słyszę w jaki sposób starsze babskie pokolenie pojmuje stosunki damsko-męskie to budzi się we mnie feministka. Typ wojujący:)

Ale wracając do temata.

Moje przymusowe polegiwanie trwało  do 15.00. Mniej więcej o tej porze poczułam się na tyle dobrze, żeby zwlec się z łoża boleści.
Po tym, co oczy me zarejestrowały po zejściu z górki na doły domostwa naszego, powzięłam mocne postanowienie wbicia sobie raz na zawsze do łba , że  NIEWYKONALNE jest utrzymanie porządku w domu, w którym tylko ja sprzątam i tylko ja mam nawyk odkładania rzeczy na miejsce.
Najwyższy czas pogodzić się z tym i przestać kopać się z koniem:)

Tyle w temacie.
Teraz część przyjemna postu.
Moje trwające wciąż osłabienie dało mi pretekst by wyluzować i zwolnić obroty.
Z  uporem zamykam oczy na postępujące zafaflunianie domostwa i zajmuję się li i jedynie żywieniem rodziny. Bo tego, nad czym ubolewam,  nie mogę sobie odpuścić.

Brakuje mi sił na aktywny relaks, więc rozrywam się i odrywam od codzienności czytając. Na tapecie wciąż Harlan Coben. Nadrabiam zaległości czytelnicze sięgając po literaturę łatwą i bardzo przyjemną :) Z racji lekkości pióra Mr. Cobena, a nie tematyki lektur :)



Ze stosu powyżej zostały mi do przeczytania trzy powieści, więc nie lenię się w tym temacie:) A że nie dosypiam przez to i zaniedbałam inne zajęcia hobbystyczne?  Trudno i coś za coś:)