leżę i pachnę

leżę i pachnę
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2014

na dwoje babka wróżyła

do środy.
W środę będę wiedziała  czy słuszne są moje odczucia.
A czuj-przeczuj mi mówi, że i tym razem nici z roboty.

Zdaje mi się, że pani szefowa, która mnie "przesłuchiwała" ( hehe) nie nabrała się na moją charakteryzację. Chociaż mogło być na odwyrtkę. W końcu " jak cię widzą tak cię piszą". Co z tego, skoro  nie spodobałam się po przemianie. Tak jak nie ujęłam wyglądem Mareczka, który, kiedy wczoraj zaprezentowałam  się przed wyjściem z domu,  orzekł: "- wyglądasz jak... - tu pauzę zrobił by pomyśleć i zakończyć z kwaśną miną - ...urzędniczka". 

Wracając jednak do rozmowy w sprawie zatrudnienia. Miałam wrażenie, że nie będzie z tego nic. Nie mogę go zignorować, bo rzadko mnie mylą przeczucia i  umiem wyczuć w mig czyjąś sympatię czy nieprzychylność. Nie to, że pani przepytująca była nieuprzejma. Skąd. Tylko jej oczy. Zimne i lustrujące.
Nie polubiła mnie, oj nie. A ponieważ ja na miejscu pracodawcy wybrałabym pracownika, do którego poczuję sympatię, to wielkiej nadziei na zatrudnienie nie mam.
Oprócz tego w rozmowie zahaczyłyśmy o kilka kłopotliwych tematów.
Okazało się na przykład, że potencjalna szefowa kiedyś starała się o stanowisko w marketingu w firmie, w której pracowałam. Rzecz jasna, skoro nie jesteśmy koleżankami z pracy, roboty nie dostała.Czyli ups.
A podobne ups zdarza mi się nierzadko, niestety. I nie powinnam się temu dziwić. Z racji tego, że to praca w branży pokrewnej do tej, w której działałam ponad dekadę. Pracowałam w firmie developerskiej, a wczoraj byłam na rozmowie w biurze nieruchomości. Gdyby moja firma jeszcze istniała pewnie byśmy współpracowali. Albo konkurowali na całego.

To wszystko nie wróży dobrze. I nie muszę mieć nadprzyrodzonych zdolności by dostrzec, że szansę na zdobycie tej roboty są minimalne.

Nic to.
Będę szukała dalej.

Nie pora teraz się załamywać  i rozpamiętywać skąd u mnie ten pech ze znalezieniem pracy.

Mam nowy problem i temat do zmartwień.
Żunia zachorowała. Dzisiaj znowu jedziemy do weta. Tydzień temu byliśmy z infekcją ucha. Tym razem pewnie nie obejdzie się bez znacznie większych wydatków. 
Oczywiście doniosę co psince jest i co się działo u weterynarza. Pojedziemy po południu, bo wtedy nasza pani dohtor zaczyna dyżur.


Ponieważ real wzywa kończę pisanie.

 Na koniec zdjęcie za jeden uśmiech. Surykotka w kąciku ornitologicznym.




serdeczności Wam:)

niedziela, 2 lutego 2014

pora na dobranoc


Pod koniec  aktywnie spędzonej niedzieli, po siusiu i myju myju  przyszła pora na lulu:)
Skierowałam więc swe kroki do sypialni.

Już miałam wskoczyć w piernaty...ale mnie coś "tkło".




Odchyliłam kołderkę i co me oczy ujrzały ?
Że  łóżko już zajęte.:)







Poszła won, babo...
dziś TY śpisz na kanapie, a ja się byczę w pościeli :)





piątek, 31 stycznia 2014

była sobie kuchareczka

czyli
o psychicznym przymusie dokarmiania.

 Usiadłam na godzinkę przed kompem by dać odpocząć nogom, rękom i kręgosłupowi. Należy mi się odpoczynek po dobrej robocie. A że  natchnienie na posta poczułam to piszę.

Natchło mnie niespodziewanie. No tak. Tak to z natchnieniem właśnie bywa. Z nagła natycha:) W kuchni, przy garach mnie muza nawiedziła. Kiedy wesoło, na cztery fajery, perkotały, bulgotały i skwierczały  liczne sprytnie wymieszane składniki pokarmowe przemienione w potrawy. Na jednym palniczku dusił się strogonoff na jutro. Na drugim gotowały ziemniaczki do obiadu. W trzecim garnku  wątróbka dla futrzanego towarzystwa. Inna wątróbka w postaci anielskich kotletów "dochodziła" smażąc się na małych ogniu.

W tak zwanym międzyczasie kroiłam warzywa na surówkę i odganiałam od siebie Kazika co jojczał i miauczał przejmująco oraz  plątał się pod nogami i obijał o pańciowe łydki, niemal z nóg zwalając.

Uaktywnił się spuchlak jeden i wylazł z piernatów.  Znowu zgłodniał, wyczuwszy apetyczne wonie ulatujące z garnków i patelni. Dwudziesty raz  dzisiaj:)

Widzicie ten głód w oczach? Ja niestety widzę.


A jak widzę to dokarmiam.

No właśnie. To o tym naszło mnie  pisać.
Mam przymus dokarmiania. Imperatyw taki. Nie bardzo umiem, i talentów w temacie pichcenia nie posiadam żadnych. Do tego  nie lubię w kuchni sterczeć. Czasu mi szkoda na tkwienie przy garach. Bo czasu na kucharzenie to ja tracę mnóstwo. Średnio cztery do pięciu godzin dziennie. Czasami mniej i więcej czasami.

Kupa casu, którego przecież kruca ciągle mi mało. 

 Ale pomimo deficytów czasowych tkwię przy garach. I nie tylko dlatego, że gdybym to zostawiła w kolere to domownicy i zwierza by z głodu padli. Nie byłoby tak źle. Chyba:)
Tracę cenne godziny przy garach przede wszystkim dlatego, że kocham dokarmiać.
I radochę mam olbrzymią, kiedy to co w kuchni wysmażę znika w otworach gębowych dokarmianych teleekspresowo. Pochłaniane z apetytem.

Nie poradzę. Karmicielka ze mnie.

Dokarmiam więc.Nie bardzo  umiem, ale muszę. Ptactwo zimą. Wiewióry jesienią. Zwierza domowe, rodzinę, przyjaciół, znajomych okrągły rok. Odczuwam psychiczne katusze  kiedy nie mogę niczego podać na stół i niczym ugościć.
.

A jak tam u Was z  imperatywem dokarmiania ?