leżę i pachnę

leżę i pachnę

piątek, 1 maja 2015

sielsko-anielsko i majowo




cóż więcej do Losu chcieć ?




Wszak mam czego chciałam :) Całe życie przecież marzyłam o małym, białym domku, w cudnych okolicznościach przyrody położonym.
No i jest:) Co prawda nie do końca biały, i nie taki niemały, ale jest, domek na wzniesieniu, w malowniczej okolicy pod miastem.  Pośród zieloności.

Spełniłam swoje marzenie.


Cieszyć się trzeba,  z tego czego niejeden mieszkaniec blokowiska mógłby pozazdrościć.
I się cieszę...ale...

coś więcej kryje się za sielskimi obrazeczkami .



O tym  trochę, jak zawsze, za drzwiami pod kluczem. Ale to potem.... teraz ruszę cztery litery  w plenery.

Wspaniałej MAJÓWKI dla wszystkich.

piątek, 24 kwietnia 2015

chleb nasz powszedni

czyli chcieć to móc...
oraz czasami i mi się uda.:)

Niniejszym poniżej chwalić się będę. Tym, że czasami, choć rzadko niestety, udaje mi się wykonać co sobie zaplanuję. Więcej nawet, spełnić marzenie. Małe, bo małe, ale zawsze jakieś.

Marzyłam sobie i obiecywałam takoż, że zacznę własny, domowy chlebuś piec. Podchodziłam do tematu jak pies do jeża, bo mi się wydawało, że to arcytrudne jest. Szczególnie zrobienie zakwasu.

Dlatego najpierw robiłam eksperymenty z pieczeniem chlebka drożdżowego. Szczęście, że uparłam się jak dziki osioł, bo gdybym poprzestała na pierwszych próbach nigdy bym się nie naumiała.:) To co produkowałam mogło zniechęcić:) Moje pierwsze drożdżowe chlebki wyglądem i konsystencją przypominały bardziej kamień:) A smakiem suchar:)

Na szczęście, farta miałam w temacie chlebka, bo z pomocą przyszedł nasz przyjaciel M., Kochany "chłopiec" nie tylko podzielił się z nami swoim zakwasem, ale też zrobił mi szkolenie jak chlebek upiec.
Prawda to, że pierwsze chleby na zakwasie, jakie piekłam ściśle według zaleceń M., wychodziły mi "dziwne" jakieś:) Jakby niedopieczone, mocno mokre i gliniaste.
 Jednak ważne, że załapałam o co chodzi  z pieczeniem chleba i śmiałości nabrałam do doskonalenia techniki wypieku. Potem poszło już z górki.
Czas jakiś dobierałam składniki i proporcje, zmieniałam czas i sposób pieczenia i wreszcie mi się udało.:)
Teraz już piekę chlebuś idealny. To jest dokładnie taki jaki chcę by był. Mój chlebek popisowy jest żytni, z małą 20% domieszką pszennej mąki,  z dodatkiem łuskanych ziaren słonecznika. Z chrupiącą skórką, lekkuchno wilgotny w środku.  Taki najbardziej lubimy z Mareczkiem, więc rzadko zmieniam i eksperymentuję z innymi składnikami. Chociaż gryczany chlebek też jest pyszny. Mniam. No i  śliwkowy.








Upiec chleb to teraz dla mnie jest prościzna. A tak się bałam, że nie dam rady, że polegnę po kolejnej próbie. Wystarczyło się uprzeć i naumieć:)

Świeży, cieplutki chlebuś gości na naszym stole  średnio dwa razy w tygodniu. Z kilograma mąki wychodzą mi dwa bochenki. Chlebek z mniejszej formy prawie zawsze oddajemy komuś w prezencie. Rodzinie, kolegom, sąsiadom. Uwielbiam dzielić się chlebem:)

Chce ktoś skosztować chleba naszego powszedniego ?
A może zakwasu podesłać ?


czwartek, 16 kwietnia 2015

detoks


sobie zrobiłam i zamierzam odtruwanie kontynuować:)
Ten  uskuteczniany za pomocą soku jabłkowo- pomarańczowego, pomocny na ciężar na wątrobie i innych wewnętrznych organach już za mną,



 jeszcze mi pozostało zadanie trudniejsze, odtruwanie z niestrawnych i zalegających w głowie myśli. Ze też nie można równie szybko pozbyć się złego z głowy, jak z układu pokarmowego. Przeczyścić umysł jak się czyści  kichy lewatywą,  wydalić co zalega i  gnije.

Na terapię słowem czas najwyższy. Ale to w strefie bezpiecznej, w nikisferze.




sobota, 11 kwietnia 2015

obiecanki-cacanki


Postanowiłam, że nie będę pisać o swoich planach i obietnicach,  tylko o tym co jest, bądź stało się ciałem. Żadnych zbędnych słów, co nie mają pokrycia w faktach. Bowiem, tak się jakoś składa, że ostatnio moje plany biorą w łeb nader często, o spełnianiu postanowień i dotrzymywaniu obietnic danych sobie nie wspominając.

Czyli blablam o tym, co jest tu i teraz  lub było, minęło. Dawno temu lub dopiero co.

A propos tu i teraz. Ponieważ dzisiaj nie zrobiłam niczego z tego co sobie zaplanowałam, to nie mam właściwie nic do donoszenia. Za to mogę coś pokazać. Wyrosło mi takie coś. Samo z siebie. Samosiejka znaczy. Narcyza trąbkowego, powszechnie zwanego żonkilem.


Jeszcze jeden dowód na wielką siłę  natury.


Niemały musiał być wiatr, co przygnał do nas cebulkę i zakopał w ziemi:)


Przy okazji pykania zdjątek kwiatulcowi znalazłam  wskaźnikową roślinę. Schowała mi się  w trawie i  urosła pośród samosiejnych stokrotek. 



To niepozorne maleństwo znalezione w trawie jest znakiem

....że jakbym miała chęć mogłabym już sadzić ziemniaki:) Dobrze gadam,  Klarciu?


środa, 8 kwietnia 2015

już po...

świętowaniu ...chociaż resztki wielkanocnej atmosfery jeszcze pozostały. 
Trochę ich na parapecie, w wazonach i doniczkach. 







Ale najwięcej.... tych resztek...   w lodówce:) Na skonsumowanie czeka. Ponieważ bo...już tradycyjnie, świątecznego jadła było ZA DUŻO. "Dlategóż" już dni kilka dojadamy frykasy co na świąteczny stół być miały. Boczkami  i wałeczkami tłuszczu  lada dzień nam wyjdzie, jak też się na wątrobie odbije to, że naszym Mamciom znowu odbiło w temacie ilości wypieków.:) One zaszalały, a my do dziś, jutra i pewnie pojutrza ponosić będziemy konsekwencje ich ulegania grzesznym praktykom tuczenia rodziny. 

A jak wiadomo, gdzie grzech tam i pokuta, to nieumiarkowanie w pichceniu i pożeraniu  tego co upichcone karane jest dotkliwie naddatkami figury i  łupaniem w wątrobie.

Obżarta i ociężała witam Was po kolejnym długim milczeniu :) 

Peesam.

Strasznie trudno  mi wrócić do blogowania. Bardzo mało brakowało, że i dzisiaj nic bym nie napisała. Chociaż obiecałam Alusi, że dzisiaj dam głos już na bank. Nie wyskrobałabym nic, bo zaczytałam się zachłannie tym co się u Was działo pod moją nieobecność. Nie jeden raz lektura przyprawiała mnie o opad szczęki  i po tym wnioskuję, że  stanowczo za długo mnie tutaj, na blogosferze, nie było.:)



czwartek, 22 stycznia 2015

życę

Wam oraz sobie.

To będą noworoczne "życenia". To jest takie jakie się składa na Nowy Rok. Zaraz po tym jak wybije północ.
Tyle, że u mnie to  właśnie teraz wybiła godzina życzeń. Nowy Rok 2015 nastał już jakiś czas temu, ale że  wciąż oraz jeszcze trwa,  to znaczy, że życzenia spóźnione nie są. Jednakowoż:)

Nowy rok to nowe nadzieje, więc najmocniej życzę Wam nieustających i niewyczerpanych nadziei i wiary na  i w lepsze...ciągle lepsze...coraz lepsze życie. Czyli z dnia na dzień piękniejsze i pełniejsze. A do kompletu życzę  by spełniło się wszystko na co macie nadzieję i w co wierzycie. Teraz i zawsze.
Żeby dla wszystkich Was ten co nastał 2015 był tym, którego żal będzie  pod koniec grudnia żegnać.


środa, 15 października 2014

macham łapą powitalnie

powracając na blogowe łono.
Zaczynam od nowa:)
Chociaż  u mniej jakby po staremu. Stara bida i stare powody do zadowolenia.
Choćby takie jak radość posiadania kompletnej wciąż, żywej, całej i zdrowej menażerii.



Bowiem, na szczęście, ze zwierzakami większych kłopotów nie mamy. Egzystują   pod jednym dachem
w pozornej zgodzie, tolerują się. Chociaż Żuni zdarza się pogonić Kazikowi kota, a Kazikowi sunię ofuknąć i machnąć łapą. Jednak większych konfliktów między nimi nie ma. Ot, cicha niechęć.

Kazik rzadko wychodzi ze stanu wyluzowania. 




Żunia tylko od czasu do czasu daje mu powody, by z postawionym na sztorc ogonem zwiewać w panice,  szukając schronienia pod stołem w kuchni czy na piętrze.


Przepraszam za milczenie raz jeszcze. Mam nadzieję ostatni.

Od teraz  będę pisać i żadna zajętość nie będzie mi pretekstem do milczenia. 
Obiecuję...sobie przede wszystkim, że powrócę do tego co mi sprawia przyjemności i umila  trudy codzienności. Między innymi do pisania.
Będę "pościła" na obu blogach. Na tym zamkniętym bardziej otwarcie,  nie omijając trudnych,  bardziej intymnych i osobistych wątków :) 

serdeczności:)